Atlanta – cz. 2 relacji z USA

Druga część relacji z wyjazdu do USA. Pomyślałam sobie, że wypadałoby napisać coś na temat samego celu mojego wyjazdu.

Chyba nigdy nie wspominałam na blogu czym, oprócz przyrządzania wegańskich smakołyków, zajmuję się w życiu. Otóż może niektórych z was to zaskoczy, ale jestem studentką studiów doktoranckich na kierunku informatyka. Fajne połączenie, prawda? Właśnie dzięki moim studiom mogłam udać się do Stanów Zjdnoczonych. Głównym celem była konferencja Random Structures and Algorithms w Atlancie. Spędziłam tam cudowny tydzień w towarzystwie wspaniałych ludzi z całego świata. Miałam okazję zobaczyć jak wygląda kampus wyższej uczelni w Stanach (konkretnie Emory University) i odrobinę zasmakować życia amerykańskiego studenta.

Wrażenia mam jak najbardziej pozytywne. Z tego co się dowiedziałam, amerykańskie kampusy znacznie odbiegają od normy. I tak np. studenci przeważnie są bardzo wysportowani, wiele osób biega, dużo jeździ na rowerach. To właśnie uderzyło mnie najbardziej – ilość biegaczy których spotykałam na co dzień. I to nie tylko w Emory, ale w ogóle wszędzie. W Polsce w moim rodzinnym mieście wciąż napotykam zaskoczone spojrzenia gdy biegam, tak jakby było to coś dziwnego. W większych miastach typu Kraków czy Poznań jest już lepiej, ale wciąż wydaje mi się, że bieganie nie jest naszą mocną stroną. Chyba powinnam napisać kiedyś więcej na ten temat.

Oprócz tego na każdym kroku można napotkać kosze do recyklingu. Wygląda na to, że Emory stara się być bardzo ekologicznym miejscem.

Teraz czas przejść do jedzenia. Jak wspomniałam w poprzednim poście miałam pewne obawy, że nic dla siebie nie znajdę. Na szczęście przeżyłam i mam się dobrze. Śniadania mieliśmy zapewnione i codziennie wyglądały one w ten sam sposób – góra bajgli i góra muffinów. Bajgle są bardzo popularne w Stanach. Przypominają mi trochę obwarzanki krakowskie, chociaż nie są aż tak wypieczone i są bardziej „gliniaste”. Miałam pewne obawy czy są wegańskie, ale jak sprawdziłam ich skład wydawały się ok, chociaż powinnam podkreślić, że Amerykanie mają tendencję do ładowania dużej ilości witamin i minerałów we wszystko co się da. Przez to również na opakowaniach przeważnie można spotkać ile żelaza, wit. A czy innych składników zawiera dany produkt oraz dziennie zapotrzebowanie człowieka na dany minerał czy witaminę i nie chodzi raczej o to ile człowiek powinien spożyć, tylko jakiej dawki nie powinien przekroczyć. Przynajmniej takie odniosłam wrażenie.

Po sytym śniadaniu dość szybko przychodziła pora lunchu. Wybierałam się wtedy przeważnie do lokalnej stołówki, gdzie oprócz pizzy, dań kuchni meksykańskiej, burgerów, lodów, smoothie, ciastek i innych fastfoodów można było dostać też sporo „domowych” dań. Ponieważ o tej porze roku w Atlancie jest niesamowicie gorąco moje lunche przeważnie składały się z wielkiej sałatki. System jest prosty – wybierasz pojemnik odpowiedniej wielkości, ładujesz ile chcesz a potem płacisz w zależności od tego, jak duży jest pojemnik. A było w czym wybierać: rózne rodzaje sałat, pomidory, ogórki, czerwona cebula, świeży zielony groszek, czerwona fasola, ciecierzyca, brokuły, grzanki, różne dressingi, sałatka owocowa i przeważnie jedna konkretna sałatka, np. trójkolorowy makaron z oliwkami. Idealny lunch na lato. Serwowali tam również inne wegetariańskie dania typu tofu w sosie słodko-kwaśnym, ale wolałam nie ryzykować. Raz nawet spróbowałam sushi z brązowym ryżem.

A tutaj małe zestawienie kilku przykładowych potraw i produktów:

  1. Wysokobiałkowy czekoladowy batonik z migdałami (zwróćcie uwagę na napis „vegan” :)
  2. Bruschetta z pastą fasolową
  3. Sushi z brązowym ryżem
  4. Sałatka z awokado
  5. Sałatka owocowa
  6. Bruschetta z duszonymi pieczarkami
  7. Bajgle
  8. Mix sałatkowy 1
  9. Mix sałatkowy 2

Jeśli idzie o tzw. dinner przeważnie jadaliśmy na mieście. Raz miałam okazje wypróbować trzy rodzaje hummusu z domową pitą i tu nasuwa się kolejne zaskakujące spostrzeżenie – hummus w Stanach jest chyba bardzo powszechny, bo spotykałam go w wielu knajpach i w jeszcze większej ilości sklepów. Zazdroszczę!

Organizatorzy konferencji zorganizowali też bankiet, na którym zapewnili mi wegańskie smakołyki, więc naprawdę czułam się rozpieszczana na każdym kroku. Niestety nie wszystko udokumentowałam na zdjęciach, ale np. powyższe bruschetty serwowane były na przyjęciu powitalnym. Oczywiście zanim udało mi się dopchać do stolika i zrobić zdjęcia większość zdążyła zniknąć :).

Jeszcze jedno zdjęcie na koniec, a w kolejnym wpisie opwiem, czym zaskoczyła mnie Philadelphia.

1
  • http://wiecejyofu.blox.pl spaceage

    super relacja :) mam nadzieję że będzie część trzecia :)
    ja studia doktoranckie właśnie skończyłam (tzn dobra za 2 tygodnie skończę oficjalnie) i niestety mimo przedłużenia widzę nadal daleką drogę do złożenia pracy :)

  • zu

    wege-doktorantki są wśród nas :) ja właśnie siedzę nad swoją pracą i w przerwach łypię okiem na wegańskie blogi żeby podpatrzeć fajny przepis na kolację
    pozdrowienia!

  • Nuna

    Doktorantka??? Chyba żartujesz?! Dałabym ci najwyżej 19 lat. Czy to weganizm tak wpływa na zachowanie młodości? Mam nadzieję, że tak ;) Super relacja, też z niecierpliwością czekam na kolejną część

    • http://vegelicious.net vegelicious

      Dzięki za komplement :).

  • Anonim

    nice picture :D

  • http://mniammniamvege.blogspot.com/ Maddy

    chciałabym uwierzyć, że moje siostrzenice i siostrzenicy będą mieć takie warunki na uczelni/szkole…
    swoją drogą miłe zaskoczenie z tą stołówką, bo żyłam w przekonaniu, że amerykanie objadają się fast foodami nawet tam.Ciekawe jak to wygląda w szpitalach..? :P

    myślę, ze dużo w naszych rękach i że my powinniśmy się domagać , aby dawano nam wybór…

    czekam na kolejny wpis.

    Pozdrowienia!

    • kaska

      Obok miejsca, gdzie jadaliśmy (Cox Hall) był ogromny szpital, w którym podobno jest nie mniejsza i równie dobrze zaopatrzona stołówka. W Coxie widywaliśmy jednak mnóstwo ludzi w szpitalnych fartuchach… więc kto wie. Ale pacjentów nie było, może ich tam lepiej karmią ;D