Sambar

sambar 2

Dobry, rozgrzewający dhal… Z dużą ilością przypraw, z sezonowymi warzywami, podany z ryżem lub chapati. Taki obiad zawsze mnie cieszy, bo daje mi energię na resztę dnia, szczególnie jeśli jest to dzień szary i mroźny. A sambar jest moim faworytem wśród dań bazujących na soczewicy. Cały czas próbuję wypracować idealny smak, ale ten jest wystarczająco dobry. Czytaj więcej →

Izraelski hummus

izraelski hummus 1

Odkąd skosztowałam hummusu w Izraelu żaden inny mi już tak nie smakuje… Duży to problem szczególnie gdy idę do restauracji i zamawiam hummus. Zazwyczaj kończy się to dla mnie rozczarowaniem. A dlaczego izraelski hummus jest taki szczególny? Przede wszystkim jest gęsty, ciężki, aksamitny i przepyszny. Jednym słowem – jedyny w swoim rodzaju. Czytaj więcej →

Makowy jagielnik

makowy jagielnik 5

Nie ślędzę wszystkich trendów w świecie blogów kulinarnych, ale czasami udaje mi się zauważyć modę na pewne potrawy. Jedną z nich jest „sernik” na bazie kaszy jaglanej. Próbowałam już kilku wersji tego wspaniałego ciasta. Jagielnik klasyczny z brzoskwiniami i kruszonką, czekoladowo-pomarańczowy w wersji bezglutenowej, a ostatnio jagielnik makowy na ciasteczkowym spodzie, z nutą czekolady i płatkami migdałowymi do dekoracji. Czytaj więcej →

Dlaczego mi się chce.

kotlety fasolowo-zieniaczane 1

Daria napisała:

Bywają w grudniu takie dni, że właściwie wszystko jest dobrze – nie ma mrozu, zza chmur wyjrzy nawet czasem słonko, koledzy są na tyle mili, że dzielą się z tobą kanapką z masłem orzechowym i truskawkowym dżemem babci, a koleżanki z troską wypytują o zdrowie i najświeższe plotki. Nawet zwierzchnicy są łagodni i z uśmiechem przesuwają termin o tydzień. Wszystko gra; świat opływa cię, nie zahaczając i nie zwracając na siebie uwagi. W takie dni, kiedy ktoś zapyta cię „jak tam?” po chwili zawahania ze zdumieniem stwierdzasz, że w sumie dobrze. A jednak czegośtam i tak jakoś w ogóle. W taki dzień niczego nie podejrzewając wracasz do domu, wleczesz się po schodach na swoje ostatnie piętro, otwierasz drzwi i wtem w nos chlasta Cię zapach czegoś doskonałego, czosnkowego i smażonego. Z szoku wytrąca pytanie, czy nie masz ochoty na obiad. Wolne żarty – nie mieć ochoty na obiad. Zasiadasz do stołu i z opływającej cię dotąd mgły zaczyna przezierać jakiś realny wymiar: z talerza uśmiechają się jaskrawe warzywka i sprawcy całego zamieszania – niepozorne brązowe kotlety. Nagryzasz jednego i mózg eksploduje zespołem wrażeń na aksamitną kartoflano-fasolową konsystencję w chrupiącej panierce z wcale nie twardą orzechową niespodzianką wewnątrz, na harmonijny smak i sytość tego małego brzydactwa. I nagle nie rozumiesz, gdzie byłeś od rana, bo dzień właśnie dopiero teraz stanął na nogi. „Uaktualniłam zdjęcia tego przepisu na blogu” – mówi Sylwia, a ty przytakujesz z uśmiechem w szczęśliwych oczach i przeżuwasz.

A mowa o tym wpisie :).