Kopenhaga

DSC_0078

Nie jestem wielką fanką dużych miast i w mało którym czuję się naprawdę dobrze, ale pod tym względem Kopenhaga jest wyjątkowa. Całkiem niedawno miałam okazję spędzić tam kilka dni. W zasadzie była to moja trzecia podróż do Danii i druga, podczas której większą część czasu spędziłam w Kopenhadze. Tym razem dopilnowałam, żeby zrobić chociaż parę zdjęć i móc podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat tego miejsca.

Pierwsza rzecz, która uderza w Kopenhadze to wszechobecne rowery. Tego się nawet nie da wyrazić słowami (szczególnie, gdy mieszka się w kraju gdzie rower wciąż jest na szarym końcu jeśli idzie o środki lokomocji). W Kopenhadze rowery są WSZĘDZIE i na rowerach jeżdżą WSZYSCY. Młodzi, starzy, dorośli i dzieci, eleganckie panie w sukienkach i na szpilkach i wyluzowani nastolatkowie spieszący na imprezę, nawet dzieci ze żłobków przewożone są po sześć w wózkach zamontowanych na rowerach (co przypomina trochę transport materiałów budowlanych, a nie małych pasażerów). Przy pierwszym zetknięciu widok jest po prostu niesamowity. Ruch po mieście odbywa się sprawnie, ludzie jeżdżą szybko, ale z zachowaniem wszelkiej ostrożności, bardzo kulturalnie i z myślą o innych uczestnikach ruchu (OK, z myślą o innych rowerzystach). Bo hierarchia ważności w Kopenhadze jest następująca: na pierwszym miejscu jest rowerzysta, na drugim pieszy, natomiast kierowca pozostaje daleko w tyle. Nie muszę chyba dodawać jak bardzo podoba mi się ten porządek?

Inna sprawa, że ludzie jeżdżą na rowerach niezależnie od pory roku i warunków atmosferycznych. Podobno w zimie gdy spadnie śnieg w piewrszej kolejności odśnieżane są drogi rowerowe, a dopiero potem ulice :).

Drugą rzeczą, która mnie mocno uderzyła jest cisza. Niby wielkie miasto (prawie 600 tyś. mieszkańców przy blisko dwumilionowej metropolii), a jednak ma się wrażenie, że jest się w niedużej mieścinie, gdzie życie toczy się wolnym tempem, wszyscy są wyluzowani, raczej się nie spieszą, tylko robią to co do nich należy. Nie trudno odgadnąć dlaczego jest tam tak cicho. Po prostu większość osób zamiast wsiadać w głośne samochody wybiera cichy i przyjazny środowisku środek transportu – rower. Ot i cały sekret. Ale jaki efekt… Marzy mi się, żeby w moim mieście któregoś dnia proporcje między liczbą zmotoryzowanych i zrowerowanych mieszkańców choć w przybliżeniu przypominały te w Kopenhadze…

DSC_0041

Dania (a w szczególności Kopenhaga) słyną też z designu i bardzo ciekawej architektury. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, ale widziałam wiele naprawdę ciekawych budynków. Samo miasto jest bardzo zadbane i przyjemne, kamieniczki w centrum, gdzieniegdzie przeplatane nowoczesnym budownictwem, dobrze zagospodarowane nabrzeże z wyróżniającymi się budynkami, np. budynek The Royal Library zwany też czarnym diamentem, Royal Danish Playhouse czy też budynek opery, zwany potocznie tosterem.

DSC_0050

Ale przede wszystkim Kopenhaga to miasto portowe z reprezantycyjnym Nyhavn i małą syrenkę (która jest naprawdę mała!)

DSC_0013

Przed wyjazdem jak zawsze sprawdziłam ofertę wegetariańskich miejsc w mieście i mój wybór padł przede wszystkim na Cafe N przy Blågårdsgade (Nørrebro). Jest to mała wegetariańska restauracja w dość imprezowej części miasta, przy ulicy gdzie znajduje się masa barów i kawiarni. Miejsce jest nieduże, ale bardzo przytulne. Byłam tam w sumie trzy razy, akurat lokalizacja bardzo mi pasowała, i za każdym razem dostałam smaczny posiłek. Zamówiłam m.in. talerz specjałów, na który składał się hummus, sałatka z pęczaku, sałatka z quinoa i czarnej fasoli, tzatziki, warzywny pulpet i tajska sałatka makaronowa.

DSC_0008

Za drugim razem skusiłam się na burgera z frytkami z różnych warzyw korzennych, z wegańskim majonezem i świeżo wyciskanym sokiem w zestawie. Szczególnie sok przypadł mi do gustu, bo była to mieszanka soku pomarańczowego, marchwiowego, buraczanego i odrobiny soku z imbiru. Cały zestaw jest naprawdę sycący i smaczny!

cafe_n

DSC_0138

Innym miejscem, w którym dane było mi się stołować, jest restauracja 42 Raw. Tu też się nie zawiodłam, chociaż cenowo wyglądało to trochę gorzej. Ale Kopenhaga sama w sobie jest dość droga i trzeba przygotować się na to, że ceny żywości, czy to w knajpach, czy w sklepach, są średnio 2-3 razy wyższe niż w Polsce. Do 42 Raw trafiłam akurat w wietrzny, chłodny dzień, więc pomimo że ta restauracja specjalizuje się w surowych potrawach, w pierwszej kolejności skusiłam się na kubek gorącej czekolady (która okazała się potwornie słodka, ale też bardzo rozgrzewająca).

DSC_0087

Później, jako że nie mogłam się zdecydować, zamówiłam talerz surowych specjałów, w skład którego wszedł tajski „makaron” z cukini i marchewki, cukiniowa „lasagne” i kanapka z awokado.

DSC_0088

DSC_0090

DSC_0091

Na miejscu można też było kupić sporo słodyczy, w tym ładnie pakowane ciasteczka i różne raw kule czy czekoladki. Wszystko estetycznie podane i zapakowane.

Przy okazji olśniło mnie, dlaczego spotykam kolejną wegańską restaurację z „42″ w nazwie…

Ale największym hitem tego wyjazdu okazała się eko piekarnia, na którą trafiłam zupełnie przez przypadek. Akurat jechałam rowerem, zatrzymałam się na światłach i wypatrzyłam Naturbageriet. Weszłam do środka i zapytałam, czy przypadkiem dostanę coś wegańskiego. Okazało się, że z bogatej oferty jaką mieli tylko trzy rzeczy nie były wegańsie, a cała reszta tak… A tam croissanty, ciasta marchewkowe czy jabłkowe, drożdżowe ślimaki z cynamonem, ciastka nadziewane marcepanem, raw kule i kilka innych rarytasów… Po prostu szok! Nie mogłam się zdecydować :). W lodówce stały jogurty sojowe, na półkach różne mleka roślinne… Po prostu bajka!

DSC_0144

Wzięłam na spróbowanie croissanta z czekoladą, drożdżówkę z cynamonem i kawałek marchewkowego ciasta, i było naprawdę pyszne! Szczególnie croissant z czekoladą, niby taka prosta sprawa, ale przez to, że tak dawno nie jadłam niczego podobnego poczułam się wyjątkowo… Swoją drogą zastanawia mnie, dlaczego w Polsce do tej pory nikt nie wpadł na pomysł otworzenia podobnego miejsca? Przecież mamy na rynku ogromną niszę i myślę, że przynajmniej w dużych miastach typu Warszawa, Kraków czy Wrocław, taki pomysł z pewnością mógłby się przyjąć…

natubageriet

Przed powrotem do Polski zajrzałam tam ponownie i kupiłam całe pudełko różnych smakołyków, które zabrałam z sobą by pokazać moim domownikom jakie dobroci mają na Zachodzie. Oj, na samą myśl cieknie mi ślinka… To śniadanie następnego dnia z kubkiem kawy i wciąż świeżym croissantem… Póki co mogę tylko wzdychać.

DSC_0145

I jeszcze jedna ciekawa rzecz – lody robione przez małą lokalną manufakturę Chriis Soyais. Sprawdziłam lody o smaku lukrecji i drugie, o smaku chai masala. Lukrecja… powiedziałabym, że okazała się dość kontrowersyjna. Ja co prawda lukrecję uwielbiam, ale te lody to było troszkę za dużo. Natomiast lody o smaku chai są super!

DSC_0027

DSC_0132

I tak na podsumowanie, jako że we wstępie rozpływałam się nad tym jakie to cudowne rowerowe miasto, parę zdjęć z fixowego sklepu – Track Bike Shop. Tego też im zazdroszczę…

DSC_0113

DSC_0117

DSC_0121

DSC_0128

DSC_0129

DSC_0122

DSC_0118

4
  • Poznanianka

    Bardzo fajny reportaż. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie mi dane zawitać do Danii, a szczególnie do Kopenhagi, ale post bardzo mi się podoba i na wszelki wypadek zapisuję w zakładkach:-)
    W pełni podzielam Twoje zachwyty nad wege-miejscami, taka wiedza jest na wagę złota. Podoba mi się podejście władz miasta do rowerzystów, ale nie do końca rozumiem Twoje „rozklejenie się” nad porządnym sklepem rowerowym. Czyżby u nas takich nie było??? Ja osobiście znam przynajmniej dwa w moim mieście…

    • http://vegelicious.net/ vegelicious

      Oczywiście mamy porządne sklepy rowerowe, ale w tym miejscu chodziło mi o taki bardziej branżowy sklep gdzie można dostać wszelkie potrzebne części do ostrego koła :). Akurat takiego sklepu mi brakuje. Wiem, że powoli powstają nowe miejsca, ale ja wciąż muszę sprowadzać części z zagranicy, bo w Polsce ciężko je dostać.

  • Maria Anielska

    mowi sie chyba „sfiksowany” tylko co mialoby to wtedy znaczyc?

    • http://vegelicious.net/ vegelicious

      Czepiasz się! ;)