Dlaczego mi się chce.

kotlety fasolowo-zieniaczane 1

Daria napisała:

Bywają w grudniu takie dni, że właściwie wszystko jest dobrze – nie ma mrozu, zza chmur wyjrzy nawet czasem słonko, koledzy są na tyle mili, że dzielą się z tobą kanapką z masłem orzechowym i truskawkowym dżemem babci, a koleżanki z troską wypytują o zdrowie i najświeższe plotki. Nawet zwierzchnicy są łagodni i z uśmiechem przesuwają termin o tydzień. Wszystko gra; świat opływa cię, nie zahaczając i nie zwracając na siebie uwagi. W takie dni, kiedy ktoś zapyta cię „jak tam?” po chwili zawahania ze zdumieniem stwierdzasz, że w sumie dobrze. A jednak czegośtam i tak jakoś w ogóle. W taki dzień niczego nie podejrzewając wracasz do domu, wleczesz się po schodach na swoje ostatnie piętro, otwierasz drzwi i wtem w nos chlasta Cię zapach czegoś doskonałego, czosnkowego i smażonego. Z szoku wytrąca pytanie, czy nie masz ochoty na obiad. Wolne żarty – nie mieć ochoty na obiad. Zasiadasz do stołu i z opływającej cię dotąd mgły zaczyna przezierać jakiś realny wymiar: z talerza uśmiechają się jaskrawe warzywka i sprawcy całego zamieszania – niepozorne brązowe kotlety. Nagryzasz jednego i mózg eksploduje zespołem wrażeń na aksamitną kartoflano-fasolową konsystencję w chrupiącej panierce z wcale nie twardą orzechową niespodzianką wewnątrz, na harmonijny smak i sytość tego małego brzydactwa. I nagle nie rozumiesz, gdzie byłeś od rana, bo dzień właśnie dopiero teraz stanął na nogi. „Uaktualniłam zdjęcia tego przepisu na blogu” – mówi Sylwia, a ty przytakujesz z uśmiechem w szczęśliwych oczach i przeżuwasz.

A mowa o tym wpisie :).

12
  • margot

    Pięknie napisane

    • http://vegelicious.net/ vegelicious

      Mam bardzo zdolną współlokatorkę :).